Od 14 czerwca do 8 września 2024 roku w salach Zamku Królewskiego w Warszawie rozbrzmiewał głos jednej z najoryginalniejszych osobowości artystycznych XX wieku – Władysława Hasiora. Wystawa, zatytułowana Hasior. Trwałość przeżycia, była spotkaniem z twórczością, która nie pozwala przejść obojętnie: pełną dramatyzmu, metafory, a zarazem swoistej poetyki materii. Zgromadzono tu blisko dziewięćdziesiąt prac – asamblaży, sztandarów i rzeźb betonowych – przywiezionych z muzeów i kolekcji prywatnych w całej Polsce.

Ekspozycja prowadziła widza przez najważniejsze obszary poszukiwań Hasiora. Jego dzieła przywołują zbiorowe lęki i traumy wojny, odsłaniają mechanizmy społecznej presji, badają relacje między jednostką i wspólnotą, człowiekiem i naturą, sacrum i profanum. To właśnie w tych napięciach – między tym, co wieczne i ulotne, swojskie i obce, uświęcone i codzienne – rodzi się jego sztuka.

Hasior posługiwał się własnym językiem – odważnym i nieoczywistym. Zestawiał przedmioty codzienne, często zużyte czy odrzucone, i nadawał im nową rangę, włączając w zaskakujące konstelacje znaczeń. To, co wydawało się bezwartościowe, stawało się symbolem; to, co marginalne – osią opowieści. W jego rękach kształt, kolor, a nawet ułomność materii zyskiwały głos.

Gdy budował formy od podstaw, pozwalał działać przypadkowi, traktując go jako współtwórcę dzieła. Nigdy nie rościł sobie prawa do roli wszechwładnego demiurga – raczej wchodził w dialog z żywiołami, z odbiorcą, z samą materią. Dzięki temu jego sztuka wciąż pozostaje otwarta, prowokująca, wymykająca się jednoznacznym interpretacjom.

Wystawa na Zamku miała wymiar szczególny – wpisywała się w jubileusz pięćdziesięciolecia odbudowy rezydencji królewskiej i w pewien sposób powracała do historii. To właśnie w niedokończonych jeszcze wnętrzach Zamku, pół wieku wcześniej, Hasior prezentował swoje prace. Dzisiejsza ekspozycja, zorganizowana wraz z Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem i innymi partnerami, stała się symbolicznym dialogiem pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, przypomnieniem, że jego sztuka – niczym zapis doświadczeń ludzkiej kondycji – wciąż pozostaje żywa i aktualna.

Refleksje po wystawie

Patrząc na twórczość Władysława Hasiora, nie sposób oderwać jej od biografii artysty. Syn skromnej, podhalańskiej rodziny, od dzieciństwa zanurzony w tradycji i rytuale regionu, przeniósł w swoją sztukę echo górskiej ziemi, jej obrzędowość i symbolikę. W jego pracach odnajdujemy artefakty sakralne, które – wbrew pozorom – nie są profanacją, lecz próbą ponownego uświęcenia rzeczywistości. Hasior potrafił wydobyć religijny wymiar zjawisk z pozoru świeckich, a równocześnie podkreślić duchowe napięcie kryjące się w codziennych przedmiotach.

Nie można zapominać, że dorastał w cieniu wojny, że widział śmierć, zniszczenie i upokorzenie człowieka. Te doświadczenia wniknęły w jego twórczość niczym ciemny nurt, przywołując danse macabre – taniec śmierci, w którym uczestniczy także widz. Jego sztuka to teatr makabry, w którym żywioł tragiczny splata się z groteską.

Twórczość Hasiora przypadła na czas powojennej Polski – lata 50., 60. i 70. – epokę niedoborów, propagandy i ideologicznego rygoru. Artyści stali wówczas na marginesie społecznych potrzeb, a jednocześnie ich dzieła wykorzystywano propagandowo. Wystarczy przypomnieć monumentalne Organy w Pieninach, poświęcone żołnierzom i milicjantom walczącym z podziemiem niepodległościowym.

Brak materiałów pchnął Hasiora ku własnej metodzie: utylizacji i ponownemu użyciu tego, co nikomu niepotrzebne. Tworzył z przedmiotów znalezionych na śmietnikach – ze starych wózków dziecięcych, połamanych krzeseł, chleba, mydła, drutu czy szkła. Jako rzeźbiarz z wykształcenia i absolwent zakopiańskiej szkoły Kenara, a później krakowskiej ASP, sięgnął po technikę asamblażu – kompozycji złożonej z fragmentów i resztek – nadając im nowe życie, nową treść.

Dla jednych jego dzieła były dziwaczne, „nieestetyczne”, dla innych – głęboko symboliczne i wielowarstwowe. Niewątpliwie były oryginalne. Hasior, podobnie jak Duchamp odwracający pisuar, odważył się na przekroczenie granic tradycyjnej sztuki, ale nigdy nie kopiował innych. Czerpał inspiracje, jednak zawsze tworzył własny idiom. Jego prace często ożywiały żywioły – ogień czy wiatr. Płonące rzeźby, betonowe rydwany czy konie były zarazem widowiskiem, rytuałem i performansem. Ogień – symbol odrodzenia, oczyszczenia, energii – w innych kontekstach przywodził piekło i siły demoniczne. Hasior doskonale rozumiał wieloznaczność tego żywiołu i wykorzystywał ją w swoich działaniach.

W filmowych zapisach widzimy, jak odpiera zarzuty i krytykę, nie dając się sprowokować. Hasior, atakowany przez „zwykłego Kowalskiego”, tłumaczył swoje wybory jasno i precyzyjnie. Jego siła tkwiła w inteligencji i spójności argumentacji. Wrażliwością i wyobraźnią wykraczał poza prosty odbiór rzeczywistości, wspinając się na wyższy, duchowy poziom jej przeżywania.

W tym punkcie łatwo dostrzec powinowactwo z innym wielkim artystą – Tadeuszem Kantorem. Obaj wychowani w cieniu wojny, obaj poszukujący nowych form wyrazu, obaj zanurzeni w teatrze pamięci i traumy. Kantor łamał czwartą ścianę, wchodził na scenę, ingerował w spektakl, a jego kukły i machiny stawały się aktorami osobistej historii. Hasior podobnie wyłamywał się z konwencji, tworząc widowiska, w których ogień, wiatr i przedmiot niosły własny głos.

Nieprzypadkowo twórczość obu artystów znalazła rezonans za granicą – teatr Kantora był wizytówką PRL na świecie, a dzieła Hasiora także niosą uniwersalne przesłanie. Dotykają tematów fundamentalnych: narodzin, miłości, śmierci, religii, zła i odkupienia.

Hasior przypomina, że sztuka nie musi być „ładna” ani łatwa. Jej celem jest doświadczenie – duchowe, emocjonalne, intelektualne. Tak jak obrazy Rothki, jego prace poruszają widza na poziomie głębszym niż estetyka.

Warszawska wystawa udowodniła, że Hasior pozostaje artystą niepokornym i niepodrabialnym. Jego dzieła nie tylko przyciągają wzrok – one zostają w pamięci, skłaniają do rozmowy i refleksji. Wideoarchiwalia przypominają nam, że nie był ekscentrykiem ani szaleńcem, lecz świadomym, mądrym i bezkompromisowym twórcą. Spotkanie z jego sztuką to zawsze doświadczenie graniczne – między pięknem i grozą, sacrum i profanum, codziennością i transcendencją.

podaj dalej
Facebook
Twitter
LinkedIn
Reddit
Piotr Suzin

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powiązane